Zacznę może od tego, że uprawiam paprocie wbrew warunkom, jakie panują w moim domu, gdzie o wilgoć i cieniste miejsca trudno. Rekuperacja i słoneczne pomieszczenia sprawiają, że moja miłość do paproci napotyka na liczne przeszkody. Z każdej jednak nieudanej próby wyciągam wnioski na przyszłość i... coraz bardziej trzęsę się nad każdą paprociową doniczką.
Ale do rzeczy. Czytam, że phlebodium lubi wilgotne podłoże i wilgotne powietrze, Że powinnam je codziennie zraszać i postawić doniczkę na podstawce wypełnionej keramzytem i wodą. Tak też od początku robię, jednak już po kilku dniach końcówki liści zaczynają podsychać. Wniosek? Pryskać więcej. Wniosek błędny, jak mi się teraz zdaje, bo piękny niebieskawy odcień liści powoli ustępuje zieleni. Czytam, że tak się może stać, gdy roślina stoi w zbyt zacienionym miejscu, ale o tym nie może być w moim przypadku mowy - rośliny (bo mam dwa egzemplarze) stoją bezpośrednio pod oknem dachowym, od wschodniej strony, mają bardzo dużo rozproszonego światła.
Ale czy wypada narzekać na kolor, skoro roślinki wypuściły sporo nowych liści i mimo początkowego podsychania zachwycają teraz przepięknym pokrojem? Mam słabość do tej rośliny.
Ciekawa jestem, czy ktoś ma podobne obserwacje dotyczące zmiany koloru liści i czy uzasadnione jest moje podejrzenie, że odpowiedzialne jest za to częste zraszanie?
